1,87 mln kart MultiSport. Siłownia we wrześniu nie wie, kto płaci klubowi
20 sierpnia 2026 r. Benefit Systems podał, że w Polsce jest 1 876,3 tys. aktywnych kart sportowych i 360,8 tys. własnych karnetów B2C. Niezależny klub odczytuje z tego bramkę, stawkę za wejście i salę, która po wakacjach pęka o 18.00, a rano stoi pusta.
20 sierpnia 2026 r. Bankier.pl, za PAP Biznes, opisał raport półroczny Benefit Systems. W Polsce aktywnych kart sportowych było 1 876,3 tys., o 11 proc. więcej niż rok wcześniej. Własnych karnetów B2C grupa miała 360,8 tys., o 27 proc. więcej. Na koniec czerwca zarządzała w kraju 296 klubami fitness.
Niezależna siłownia czyta z tych liczb, kto stoi wieczorem przy bramce: członek, który zapłacił klubowi, albo posiadacz karty, za którego klub dostanie stawkę za zarejestrowane wejście. Program do siłowni nie zmieni udziału MultiSport w rynku. Może pokazać, ile z dzisiejszego obłożenia zostaje w kasie klubu.
Co Benefit Systems podał 20 sierpnia
Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej w drugim kwartale 2026 r. wyniósł 222,2 mln zł. Konsensus PAP Biznes zakładał 200 mln zł. Przychody kwartału: 1 459,7 mln zł wobec oczekiwanych 1 434,5 mln zł. EBITDA 459,1 mln zł, EBIT 265,7 mln zł.
Na koniec czerwca baza użytkowników kart sportowych w całej grupie urosła do niespełna 2,7 mln. Benefit Systems zarządzał 595 klubami, z których korzystało 783,9 tys. posiadaczy karnetów. Segment Polska — karty, sieci klubów, w tym Zdrofit, oraz programy Multi.Life i MyBenefit — miał w drugim kwartale 838 mln zł przychodu, o 18 proc. więcej niż rok wcześniej. Zysk operacyjny: 216 mln zł, wzrost o 13 proc.
W tym samym raporcie spółka szacuje długoterminowy potencjał rynku kart sportowych w Polsce na 2,5–2,8 mln sztuk. Za granicą, bez Turcji, na 1,7–2,0 mln. Argumenty, które podaje, są rynkowe, nie prawne: niski poziom bezrobocia, silny rynek pracy i większa skłonność do produktów sportowych u osób, które dopiero wchodzą na etat. Od pandemii COVID-19 — pisze spółka — wzrosła świadomość zdrowia i odporności, a wraz z nią popularność kart.
21 sierpnia 2026 r. ta sama agencja opisała telekonferencję z członkiem zarządu Marcinem Fojudzkim. Spółka podtrzymuje cel około 130 tys. nowych kart w Polsce w 2026 r. Planuje otworzyć w kraju ponad 20 klubów. Fojudzki ocenił, że proces konsolidacji na polskim rynku „raczej dobiega końca niż jest w pełnym rozkwicie”. Jeśli niezależny klub czekał, aż sieć go kupi, z tej wypowiedzi wynika coś innego: zostaje obok Zdrofitu, nie w jego portfelu.
W prezentacji za lipiec i sierpień 2026 r. ARPU kart w Polsce wzrosło o 4 proc. rok do roku, zysk brutto o 2 proc. Liczba kart w trzecim kwartale spadła na razie o 2 tys. sztuk w ujęciu kwartalnym, „zgodnie z sezonowością”. Analityk DM BOŚ Mikołaj Stępień napisał 21 sierpnia, że w sierpniu aktywnych kart w Polsce było 1,874 mln i że stabilna liczba w sezonowo słabym lecie sugeruje, iż wcześniejszy wzrost sprzedaży pozostaje zdrowy.
Co z tego wynika na recepcji, nie na GPW
Niezależny klub nie sprzedaje MultiSportu. Honoruje go. Operator karty zbiera składkę od pracodawcy i pracownika. Klub dostaje pieniądze za zarejestrowane wejście, według stawki ustalonej w umowie z operatorem. Tej stawki Benefit Systems w raporcie giełdowym nie publikuje — jest indywidualna. Publicznie widać tylko skalę: prawie 1,88 mln kart w Polsce i dalszy wzrost.
Tego samego dnia, 28 sierpnia 2026 r., katalog iBody podawał dla Warszawy średnią cenę karnetu na siłownię w widełkach 270–280 zł i jednorazowego wejścia 80–85 zł. Kartę MultiSport deklarowało 99 z 202 warszawskich obiektów. To tło, nie cennik konkretnego klubu: gość z kartą wchodzi tam, gdzie lokalny karnet kosztuje kwotę, której część osób z benefitem pracowniczym nie zapłaci drugi raz z własnej kieszeni.
Klub, który przyjmuje kartę, wypełnia salę. Nie zawsze wypełnia kasę w tym samym stopniu. Wejście z karty i wejście z karnetu wyglądają przy bramce tak samo. W rozliczeniu miesiąca nie. Jeśli recepcja ma terminal operatora, zeszyt karnetów i osobny Excel z zajęciami, nikt po zamknięciu nie zestawi, ile osób na body pump przyszło z własnej opłaty, a ile z odbicia karty.
Sieć Benefit Systems ma własne kluby i własny program kart. Niezależny obiekt ma umowę partnerską i własne koszty: czynsz, prąd, chemię do pryszniców, trenerów, serwis bieżni. Gdy latem kart ubywa o dwa tysiące w skali kraju, w małym klubie widać to inaczej: puste 10.00 i pytanie, czy we wrześniu wrócą ci sami ludzie, czy tylko fala kart z biur.
Przykład: klub z dwiema salami i kartą na bramce
Wyobraźmy sobie niezależny klub: strefa wolnych ciężarów, cardio, dwie sale zajęć, kilkanaście grup w tygodniu, kilku trenerów na umowach. Na bramce MultiSport i FitProfit. Obok — własne karnety miesięczne, pakiety wejść i treningi personalne. Typowa konfiguracja: latem wszystko jeszcze jako tako chodzi, a po 1 września zaczyna się zgrzyt.
Koniec sierpnia. Recepcja ma zeszyt z karnetami, tabelę zajęć w arkuszu i komunikator, w którym trenerzy odwołują grupy albo dopisują chętnych. Terminal kart stoi osobno. Kto wszedł z karnetu, wie osoba na zmianie, jeśli zdążyła spojrzeć. Kto zajął matę na 18.00, wie sala, gdy stoi za dużo ludzi.
Pierwszy pełny tydzień września. Po pracy sala na 16 osób ma 22 chętnych. Część przyszła z kartą, bez zapisu. Członek z opłaconym karnetem odchodzi, bo nie wchodzi na zajęcia, które kupił w cenie abonamentu. Rano spinning ma cztery osoby. Trener i tak dostał stawkę za godzinę. Właściciel widzi pełny wieczór i pusty poranek i nie umie powiedzieć, która grupa zarabia, a która tylko zjada grafik.
W tej historii nie potrzeba od razu nowej bramki ani aplikacji jak u sieciówki. Potrzeba jednej listy wejść z źródłem — karnet, karta operatora, bilet jednorazowy — i kalendarza sali z limitem miejsc. Recepcja wtedy widzi, że o 18.00 miejsca zabrały wejścia z karty, a członek z karnetem został na korytarzu. Bez tego klub kłóci się z gościem, zamiast zmienić zasadę: na zajęcia wchodzi ten, kto ma rezerwację.
Wejście z karty i karnet, który klub wystawił sam
Karnet B2C Benefit Systems w Polsce urósł w rok o 27 proc., do 360,8 tys. Karty — o 11 proc., do 1 876,3 tys. Sieć sprzedaje więc i abonament do własnych klubów, i dostęp do tysięcy obiektów partnerskich. Niezależna siłownia sprzedaje tylko to drugie, plus własny karnet. Własny karnet jest jedyną pozycją, w której cena i koszt godziny sali są po stronie klubu.
Na recepcji proces wygląda prosto. Gość przykłada kartę albo podaje nazwisko. Bramka puszcza. Kłopot zaczyna się wieczorem, gdy nikt nie rozdzieli tych dwóch strumieni. Raport z terminala operatora przychodzi z opóźnieniem, w innym układzie niż zeszyt karnetów. Właściciel widzi obłożenie i nie widzi marży.
Gotowy program do klubu fitness zwykle umie karnet, datę ważności i wejście. Część umie też „gość z karty partnerskiej” jako osobny typ. Łamie się, gdy klub honoruje trzech operatorów, ma karnet firmowy na dziesięć osób, pakiet ośmiu wejść ważny 45 dni i saunę jako dopłatę. Wtedy recepcja wraca do zeszytu „na wyjątki”, a wyjątki po miesiącu są większością ruchu po 17.00.
Panel, który spina bramkę, nie musi zastępować terminala MultiSport. Operator zostaje operatorem. Klub potrzebuje u siebie ewidencji: kto wszedł, z jakiego tytułu, o której, na którą strefę. Z tego da się złożyć miesiąc: ile wejść z karty, ile z karnetu, ile z biletu, ile osób z karnetem nie pojawiło się od trzech tygodni. Bez tej listy rozmowa o „za dużo kart na siłowni” zostaje wrażeniem z recepcji.
Jeśli klub ma kilkadziesiąt stałych członków i jedną salę, wystarczy arkusz i dyscyplina na zmianie. Gdy w szczycie stoją dwie kolejki — karnet i karta — a w tle dzwoni ktoś po spinning, arkusz przestaje nadążać. Nie dlatego, że Excel jest zły. Dlatego, że trzy źródła prawdy nie sumują się po zamknięciu.
Wrzesień, szczyt o 18.00 i pusta siłownia o 10.00
Spółka sama opisuje lato jako sezonowo słabsze: spadek kart o 2 tys. na starcie trzeciego kwartału, stabilna baza w sierpniu według DM BOŚ. W klubie zostaje z tego lipiec z dziurawym grafikiem trenerów i wrzesień, w którym nagle brakuje szafek.
Po wakacjach wracają dwa strumienie. Członkowie z karnetem, którzy wrócili z urlopu i chcą wejść na swoją grupę. Posiadacze kart z biur, którzy przez lipiec trenowali mniej albo wcale, a we wrześniu odbijają kartę po pracy. Obie grupy spotykają się na tej samej sali o 18.00. Rano, gdy karta z biura jeszcze nie wyszła z pracy, sala stoi.
Klub, który nie liczy obłożenia po godzinach, zatrudnia trenera na 10.00 „bo tak było w zeszłym roku” i dokłada drugą grupę o 18.30, bo wieczorem ludzie nie wchodzą. Koszt godziny trenera jest ten sam. Przychód z sali nie. Jeśli zajęcia o 18.00 są otwarte dla każdego z kartą bez limitu, członek z karnetem płaci za komfort, którego o 18.00 nie ma.
Kalendarz z limitem miejsc i widokiem obłożenia po godzinach nie jest ozdobą strony. Pozwala zdjąć z wieczornej grupy część ruchu — zapis, lista rezerwowa, osobna grupa o 19.15 — zanim recepcja zacznie odmawiać w drzwiach. Pozwala też zobaczyć, że poranna yoga od trzech tygodni ma pięć osób i że problemem nie jest „słaby trener”, tylko godzina, której karta z biura nie obsługuje.
Sieć z 296 klubami w Polsce rozkłada ten szczyt na wiele lokalizacji. Niezależny obiekt ma jedną bramkę. Dlatego wrzesień boli go bardziej niż operatora kart. Benefit Systems w telekonferencji mówi o braku dramatycznej zmiany w zachowaniu konsumentów i o wzroście karnetów B2C zgodnie z oczekiwaniami. Klub partnerski tego wzrostu we własnej kasie nie dostaje automatycznie — dostaje więcej nóg na macie.
Zajęcia grupowe, puste maty i członek na korytarzu
Zapis na zajęcia w niezależnym klubie często żyje obok karnetu. Facebook, wiadomość do trenera, kartka na drzwiach sali. Recepcja dowiaduje się, że grupa jest pełna, gdy ktoś już stoi w butach zmiennych. Albo odwrotnie: zapisanych dwanaście, przyszło siedem, trener prowadzi grupę dla pustych miejsc.
No-show na zajęciach nie jest kaprysem września. Jest skutkiem rezerwacji, która nic nie kosztuje. Członek rezerwuje body pump „na wszelki wypadek”, nie odwołuje, a o 17.50 pisze, że zostanie w pracy. Jego miejsce nie wraca na listę. Ktoś z karnetem, kto chciał wejść, usłyszał w południe, że jest pełno. Karta z benefitem, bez zapisu, i tak wejdzie, jeśli klub nie pilnuje limitu przy drzwiach.
Tu pomaga ten sam mechanizm, który w innych usługach lokalnych zbiera terminy w jednym kalendarzu — system rezerwacji online nie jest wymysłem sieciówki. Zapis z limitem miejsc, odwołanie do wskazanej godziny, przypomnienie dzień wcześniej. Mata wraca wtedy do puli, zanim trener zamknie salę.
Gotowe programy do klubów fitness zwykle mają rezerwację zajęć. Część wymaga, by gość z kartą partnerską też miał konto w aplikacji klubu. Jeśli nie ma, recepcja znów zapisuje go ręcznie, a limit w programie kłamie. Wtedy nie pomaga „moduł zajęć”. Pomaga zasada: na salę wchodzi rezerwacja, niezależnie od tego, czy ktoś przyszedł z karnetem, z kartą czy z biletem. Bramka i lista zajęć muszą o sobie wiedzieć.
Klub, który już ma system karnetów i rezerwacji zajęć, a i tak gubi wrzesień, zwykle nie ma problemu z brakiem funkcji. Ma dwie bazy: jedną w programie, drugą w terminalu kart. Dopóki wejście z karty nie ląduje na tej samej osi czasu co rezerwacja, sala będzie pełna w oczach trenera i pusta w oczach arkusza.
Trenerzy, godziny i sala, której nikt nie zamknął
Grafik trenerów w małym klubie żyje w komunikatorze. Ktoś zamieni się na czwartek, ktoś zachoruje w poniedziałek, ktoś dopisze spinning w miejsce yogi, bo „ludzie wolą”. Recepcja drukuje kartkę na drzwi. Strona internetowa ma stary plik z czerwca. Gość z kartą przychodzi na zajęcia, których już nie ma.
Rozliczenie miesiąca to osobna kłótnia. Trener liczy godziny z własnej notatki. Biuro — z kartki na lodówce. Nie zgadzają się dwie pozycje: zastępstwo i grupa, którą odwołano, ale sala i tak była otwarta, bo nikt nie zdjął jej z grafiku. Właściciel płaci za godzinę, której nie było, albo nie płaci za godzinę, która była.
Wspólny grafik, w którym zmiana trenera od razu schodzi na recepcję i na listę rezerwacji, zamyka tę dziurę. Godziny do wypłaty biorą się z tego, co faktycznie odbyło się w sali, nie z wiadomości „ogarniemy”. Jeśli trener personalny wynajmuje godzinę sali, ten sam kalendarz pokazuje, czy nie nachodzi ona na zajęcia grupowe. Członek nie potrzebuje do tego aplikacji treningowej. Recepcja potrzebuje listy, kto w tej godzinie ma klucz.
Studio z dwoma trenerami ogarnie to zeszytem. Klub z kilkunastoma grupami i zastępstwami — nie. Szczególnie we wrześniu, gdy nagle wracają zajęcia, które latem spadły z grafiku, a trenerzy ustawiają urlopy resztkowe. Wtedy brak wspólnego kalendarza widać w opinii w mapach: „pojechałem na 7.00, a na drzwiach kartka, że odwołane”.
Excel, gotowy program, integracja, własny panel
Arkusz wystarczy, gdy klub ma jedną salę, stały zestaw karnetów i ruch, który recepcja ogarnia z pamięci. Właściciel i tak wie, kto nie przyszedł od miesiąca. Problem zaczyna się przy drugiej zmianie na recepcji, przy drugiej sali i przy trzecim operatorze kart.
Gotowy SaaS dla fitnessu jest rozsądny, gdy klub wchodzi w standard: karnet miesięczny, wejścia, grafik grup, aplikacja dla członka, płatność online. Tych programów na rynku jest sporo. Płacą abonamentem od szafki albo od aktywnego członka. Dla klubu, który dopiero zbiera bazę, to bywa tańsze niż pisanie panelu. Dla klubu, który urósł i ma nietypowe pakiety, abonament rośnie razem z sukcesem, a wyjątki i tak lądują w Excelu obok licencji.
Integracja ma sens, gdy klub już ma program do karnetów i nie chce go wyrzucać, a brakuje mu tylko źródła wejścia z karty, listy rezerwowej albo godzin trenerów. Terminal operatora kart zwykle zostaje, bo to narzędzie Benefit Systems albo VanityStyle, nie klubu. Można dołożyć ewidencję u siebie i zaciągać z raportów to, co operator udostępnia, zamiast przepisywać PDF po miesiącu.
Dedykowany panel opłaca się, gdy proces jest klubu, a nie odwrotnie: kilka typów karnetów, kilku operatorów, trenerzy na różnych zasadach, drugi lokal, albo baza członków ma zostać na serwerze klubu, gdy licencja SaaS podrożeje. Nie palimy działającego programu, bo „trzeba mieć własny”. Najpierw widać, który strumień — karnet, karta, zajęcia, godziny — nie schodzi się z pozostałymi. Potem dopiero decyzja, czy rozbudować to, co jest, czy złożyć jedno miejsce na te cztery rzeczy.
Szersze porównanie, kiedy gotowy program przestaje się spinać, nie jest specyficzne dla siłowni. W klubie widać to szybciej niż w biurze: bramka nie poczeka na ręczny import z zeszłego tygodnia. Gość stoi. Trener stoi. Karta już się odbiła.
Co da się spiąć, zanim klub kupi kolejny zeszyt
Raport Benefit Systems z 20 sierpnia opisuje rynek, na którym kart będzie raczej więcej, nie mniej. Potencjał 2,5–2,8 mln sztuk w Polsce wobec 1,88 mln dziś zostawia miejsce na wzrost. Konsolidacja klubów — według zarządu spółki — raczej hamuje. Niezależny obiekt zostanie na tym rynku jako partner kart i jako sprzedawca własnego karnetu. Te dwa role kolidują na sali o 18.00, jeśli nikt ich nie rozdzieli w ewidencji.
GESOFT buduje panele i aplikacje pod konkretny obieg, nie pod katalog funkcji sieciówki. W klubie z przykładu oznacza to kilka rzeczy z wcześniejszych zatorów, nie nowy „ekosystem fitness”. Wspólna lista wejść z tytułem: karnet, karta, bilet. Kalendarz sal z limitem i rezerwacją. Grafik trenerów, z którego liczy się godzina do wypłaty. Raport miesiąca, w którym widać, która grupa zjada koszt, a która zostawia marżę.
Aplikacja dla członka ma sens, gdy klub naprawdę zbiera rezerwacje i odnowienia karnetu na własnej stronie. Nie ma sensu jako pierwszy wydatek, gdy recepcja nadal nie wie, kto wszedł. Najpierw prawda na zmianie, potem wygoda w telefonie. Android u trenera — tylko jeśli grafik ma jechać w teren, na drugi lokal albo na zastępstwo, a nie zostawać w szufladzie recepcji.
Wrzesień nie poczeka na wdrożenie. Można jednak przez dwa–trzy tygodnie spisać, skąd biorą się wejścia, jak zapisuje się grupa i jak trener zgłasza godzinę. Z tego widać, czy wystarczy dopiąć gotowy program, czy klub dźwiga proces, którego licencja nie przyjmie. Rozmowa o panelu bez tej listy kończy się zakupem kolejnego narzędzia obok zeszytu.
Opisz projekt